piątek, 27 kwietnia 2012

O opiece

Myślę, że dobrze radziłam sobie z byciem samą. Ceniłam sobie swoją niezależność i potrafiłam z niej korzystać. Lubiłam dać się porwać przez wir zdarzeń i jako ktoś nieskrepowany zobowiązaniami dawałam się weń wciągnąć. Poddawałam się temu co stawało przede mną. Korzystałam z nadążających się okazji, nie trzymając za mocno sterów mojego życia. 
Nie czułam się jednak w ten sposób bezpiecznie, bo choć bieg zdarzeń nie raz mnie pozytywnie zaskoczył, nigdy nie mogłam być do końca pewna co się stanie dalej. Nie byłam zbyt dobrym opiekunem samej siebie. Nie byłam przekonana, że jestem sobie w stanie zapewnić wszystko czego potrzebuje. Te niepewności były moim dyżurnym zmartwieniem.
Zdecydowałam się, że sobie poradzę. Miałam mocne nerwy i problemy z zasypaniem. 
Śmiem twierdzić, że niezależność odbiera kobiecie poczucie bezpieczeństwa. Mamy w sobie wdrukowaną bezbronność. Nie bez kozery. Kobieta w ciąży potrzebuje bezpieczeństwa, ewolucja nas do tego zaprogramowała, więc szukamy go przez całe życie. Radzenie sobie samą nie jest dla nas zbyt naturalne. Nie znaczy to, że nie potrafimy sobie poradzić. Doskonale potrafimy. Nie robimy tego jednak z komfortem. 
Miałam to szczęście, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ten komfort wygląda. Nigdy nie oczekiwałam opieki. Podkreślałam niezależność. Pokazywałam, że potrafię być facetem w spódnicy. Byłam bardzo silna gdy byłam sama, ale nadal dużo słabsza niż teraz. 
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to własnie tak działa, że gdy już masz zapewnione wszystko czego potrzebujesz nagle masz siły do wzrostu. Myślałam, że to działa dość odwrotnie, że cele rodzą się z niedostatków. Może nie w moim przypadku, albo nie w przypadku kobiet. Myślałam, że kobiety rozpieszczone robią się leniwe. Jestem rozpieszczana, ale teraz jestem w stanie dać z siebie więcej. 
Przy Bachusie zasypiam więc spokojnie i śpię głęboko. Nie martwię się o jutro, bo ufam mu, że cokolwiek się stanie, on się mną zaopiekuje. Wyrzekałam się tego, zaprzeczałam, że tego potrzebuje, trwałam przy postanowieniu, że nie będę tego szukać, ani oczekiwać. 
Natury nie da się wykorzenić. 

wtorek, 17 kwietnia 2012

Ariadna zamieszkała u stup Olimpu

Bardzo szybko sprowadziłam się do mieszkania Bachusa u stup Olimpu. Decyzji o zamieszkaniu razem w zasadzie wcale nie podjęliśmy, nigdy na ten temat nawet nie rozmawialiśmy. Kiedyś przyszłam do niego na noc i tak już zostałam. Oprzytomniałam po kilku tygodniach, gdy przez przypadek wypsnęło mi się, że potrzebujemy więcej niż jednej patelni w naszym mieszkaniu. 
Zabraliśmy więc moje rzeczy ze starego mieszkania. A gdy się rozpakowałam, Bachus trzymał mnie wystraszoną w ramionach. Gdy wszystko było już dokonane ogarnęły mnie wątpliwości czy zrobiłam słusznie. Czy aby nie za wcześnie opuściłam swoją fortece, pozbawiłam się strefy bezpieczeństwa. 
Tym razem urządzanie się w nowym miejscu było dla mnie dużo trudniejsze niż zazwyczaj. Przyzwyczaiłam się, że jestem jedynym architektem i wykonawcą w moim życiu, nigdy nie koegzystowałam z nikim tak ściśle; urządzanie się w dzielonych ze znajomymi mieszkaniach, rozpoczynało się od dzielenia terytorium, a na swoim każdy miał wolność; realizowaliśmy obowiązki naszej mikrospołeczności zgodnie z grafikiem sprzątania; układy w takich mieszkaniach był mnie czytelne, oparte na zasadzie odwzajemnienia: dzielisz się, to i ja się podzielę, nie podzielisz się, to ja też, ale nie będę się gniewać, bo oczekuje od Ciebie zgodności, a mniej przywiązania. Takie układy są bardzo wygodne. 
W mieszkaniu Bachusa czuję się obco. Bachus bardzo chce mieć mnie przy sobie, jestem w tym miejscu chciana i mile widziana, traktowana jako gospodyni, ma głos w decyzjach, moje propozycje są poddawane pod rozwagę, ale mimo wszystko jest to sytuacja, w której ja jestem zdana na łaskę rezydującego. Jego przedmioty muszą ustąpić moim przedmiotom miejsca i nie może się to stać inaczej niż za jego sprawą. Mi wolno co najwyżej prosić, a nie jest to łatwe dla kogoś kto przywykł do niezależności.
Nie ma mojej przestrzeni, jest wspólna przestrzeń, o której mamy decydować wspólnie. To jest bardzo trudne. Z dwóch względów: czuję się nieco obdarta ze swojej własnej tożsamości i pozbawiona swojego terytorium; a w projekcie swojego nowego muszę uwzględnić innego człowieka, którego priorytetów jeszcze dobrze nie znam. Więc moja nowa tożsamość jest jeszcze nie ukształtowana, a granice terytoriom są jeszcze nie ustalone i tymczasowo jestem uchodźcą o koczowniczym trybie życia. 
Męczy mnie tymczasowość obecnego układu, ale dla jego ustabilizowania potrzebujemy czasu i wsłuchania w siebie nawzajem. Niekiedy kusi mnie jednak zrobienie jakiegoś przewrotu i objęcie nad tym miejscem władzy absolutnej: dokonanie zmian na własną rękę nie dając Bachusowi prawa do ingerencji. To do niczego nie doprowadzi, odwróci tylko sytuacje. W moim domu mama była Carycą Katarzyną, ojciec Poniatowskim. Ojciec większej części łożył na utrzymanie, a mama miała wolność w decydowaniu o wszystkim. Układała sobie wszystko jak się jej podobało, ale kosztem własnego wysiłku i nosiła za to całą odpowiedzialność na barkach. Ojciec był odcięty od władzy nad królestwem, był kochankiem królowej, burzącym się od czasu do czasu, że nie liczono się  z nim bardziej. To nie był dobry układ. Nie chcę by Bachus czuł, że się z nim nie liczę.
Tak naprawdę nie wiem jak buduje się dobre związki. Domyślam się, że należy konstruować taki układ, w którym minimalizuje się tarcie, atmosfera się nie podgrzewa niepotrzebnie i dom jest domem, a nie miejscem, z którego chce się uciec. Czuję się zupełnie niekompetentna do jego budowania, ale czy da się do tego przygotować? Chyba wszystkiego trzeba się nauczyć w trakcie, bo wzorce z domu nie działają, jeśli nie jest się swoimi rodzicami.
Do tego: relacje to jedno, a drugie, że nie mam pojęcia w jaki sposób należy wybrać lodówkę; tylko z dobieraniem koszul do krawatów idzie mi całkiem dobrze, wiązania ich zdążyłam się już nauczyć.
Moi przyjaciele uważają zamieszkanie razem za bardzo odważny ruch, a ja dopiero dowiaduję się dlaczego.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Misterna konstrukcja zbroi Ariadny

Pojawienie się Bachusa w moim życiu było jak zmartwychwstanie.
Wcześniej czułam się jak Piotr. Widziałam co się zaraz stanie i nie widziałam możliwości by temu zapobiec. Wszystko co zrobiłam, okazało się nie mieć wpływu na bieg zdarzeń. To były akty desperacji. One nic nie dały. Mogłam uciąć ucho strażnikowi, który chcę pojmać Jezusa. W niczym to nie pomogło. Wszystko zmierzało do ukrzyżowania. Śmierć zakończy bieg zdarzeń i dalej nie będzie już nic. A miało być pięknie, miało być najlepiej, miały być piękniejsze rzeczy, ale jest ukrzyżowanie i śmierć. Nic innego.
Moja nadzieja umarła. Muszę żyć po ukrzyżowaniu. Ja nie umarłam razem z nią. Byłam na to zbyt dumna. Żyłam po ukrzyżowaniu. Można przecież żyć na różne sposoby.
Powiedziałam sobie, że nigdy tak naprawdę nie było nadziei, to były złudzenia i dobrze, że upadły. A takie rzeczy: jak mężczyzna wybierający mnie i tylko mnie, to były mrzonki mojej wyobraźni. To były pułapki ewolucji, zastawione na mnie, bym była bardziej skora do uprawiania seksu bez zabezpieczeń. Mężczyźni nie chcą takich rzeczy. 
Oni chcą sukcesu rozrodczego. Seksu z tak wieloma partnerkami jak tylko to możliwe. Przecież nie jesteśmy ściśle monogamiczni. To raczej monogamia sekwencyjna. Prędzej czy później zostawi mnie dla młodszej. Ja jestem uwarunkowana przez ewolucje inaczej. Mój sukces rozrodczy zależy od tego, czy partner przy mnie zostanie i włoży środki w wychowanie dzieci. Z jego obecnością łatwiej mi się to uda. Każdy więc walczy o swoje interesy. W związku jesteśmy swoimi przeciwnikami. 
Jedyne na co mogę liczyć, to na kogoś, kto będzie mnie na tyle lubił, że ostatecznie przy mnie zostanie. I tak będzie się rozglądał i robił skoki w boki. Ja muszę być na tyle emocjonalnie rozwinięta, by przyjąć to spokojnie i akceptować. Nie ma innej drogi. Muszę się stać tak silna, jak to możliwe, bym mogła o siebie walczyć; nie czuć się zdewaluowaną, gdy ten zacznie zaglądać pod inne spódnice. Muszę wiązać tak mocno, że zostanie przy mnie pomimo tych ładnych nóg i większych niż moje cycków paradujących w około. Niech zostanie ze mną, choćby dla tego, że znam jego ulubione książki; wiem na tyle o tym, co go interesuje, że potrafię z nim o tym ciekawie pogadać i ogólnie jestem na tyle inteligentna, że jest mnie warto trzymać przy sobie nie tylko dla seksu. 
Gdy spotykam Bachusa jestem więc przygotowana na wojnę. Uzbrojona po szyję. Moje zasieki bronią mnie przed tym by się przywiązać, bo jak się przywiążę to koniec. Jestem przegrana. On ma już w ręku kartę przetargową, którą będzie mnie szantażować w przyszłości. To mocna siła polityczna. Musisz wybaczyć, że Cię zdradzam, musisz mi wybaczyć, że sprawiam, że czujesz się nie wystarczająco dobra, nie wystarczająco atrakcyjna, nie wystarczająca mi, a więc przez ciebie muszę sięgnąć po inną kobietę. Musisz mi wybaczyć, bo ja mam Twoje przywiązanie w ręku. Nie możesz się oburzyć, tupnąć nogą i odejść. O nie, nie będzie Ci tak łatwo, bo ja tu trzymam decydującą kartę i nic nie zrobisz mi przeciw, jesteś moja, już przegrałaś, teraz cierp.
Nie chciałam się wiązać. Nie wierzyłam w związki. Chciałam się poczuć atrakcyjna. Odkryłam, że czuję się najbardziej atrakcyjna, gdy noszę w sobie przekonanie, że cokolwiek mężczyźni dla mnie zrobią i tak mnie nie dostaną. Nie będę dla nich przecież ryzykować zranienia. Ale kuszenie to co innego. To jest bardzo budujące, bo widzisz, że twoje przynęty działają. I jak widzisz te ich wywieszone jęzory, to dochodzisz do wniosku, że nie jest z Tobą tak źle. Dowiadujesz się, że w sumie nie jesteś zdesperowana. Uporczywe pukanie do drzwi bardzo umila czas samotnej kobiecie.  Bo czujesz, że to właśnie ty decydujesz nie otwierać drzwi. Nie wychodzisz dlatego, że nie chcesz, a nie ponieważ nie masz okazji wyjść.
Umówiliśmy się w sieci. Byłam przekonana, że spotykam się ze słabym facetem, z zdesperowanym trzydziestolatkiem, który chce by mu prać i gotować, ale ja tego nie mam zamiaru nigdy dla niego robić, ale cichosza. Tymczasem zapłaci za bilet. Ja poczuję się lepiej przez tą chwilę a potem więcej go nie zobaczę.
Nie wiem co wtedy stało się z czasem. Chwilę po tym gdy wyszłam na tą randkę, czyli po jakiś  kilku tygodniach, siedziałam z Bachusem i miałam głowę opartą na jego ramieniu. Wcześniej myślałam, że jak facet mi powie, że on chce spędzić ze mną resztę życia, to wstanę i wyjdę. Nie wyszłam. Moja głowa leżała, tam gdzie leżała. Oto stało się to, co niemożliwe. Moja nadzieja zmartwychwstała. 

czwartek, 5 kwietnia 2012

Pierwsze starcie Bachusa z duchem Tezeusza

Jestem na randce z Bachusem. Jesteśmy bardzo świeżym związkiem. Nie mam humoru. Męczą mnie obawy, czy aby dając sprawom posunąć się tak daleko, tak szybko nie popełniłam błędu. Bachus ma najwyraźniej na mnie ochotę, a ja czuję, że tym razem powinnam dać obejść mu się smakiem, bo inaczej zaraz się mną znudzi i mnie porzuci. Jestem przekonana, że Bachus zaraz mnie porzuci, bo tak jest zawsze. Mówię więc, że nie jestem zadowolona z restauracji. Bachus proponuje, byśmy się przenieśli do niego. Bardzo denerwuje mnie ta propozycja. Bachus zupełnie nie rozumie mojego zdenerwowania. Mówię mu, że porozmawiamy, ale nie tu. Atmosfera robi się martwa i Bachus nie jest w stanie zrobić nic, by uratować randkę. Płaci rachunek i wychodzimy. Do mieszkania Bachusa idziemy na piechotę. Nie biorę go za rękę jak zwykle, przez moment idziemy w milczeniu.
- Czuję się jak twoja seksualna zabawka - stwierdzam. 
Bachus przez chwile szuka w sobie odpowiedzi.
- Bardzo mnie rani to stwierdzenie Ariadno, zwłaszcza, że w życiu nikogo tak nie traktowałem, ale rozumiem, że tak się czujesz. Pozostaje więc pytanie: dlaczego? Czy zrobiłem coś złego?
Trudno mi było odpowiedzieć. Bachus zmienia trasę naszego spaceru i zamiast iść prosto do jego mieszkania włóczymy się po osiedlu. 
- Bachusie, obawiam się, że dając ci siebie niszczę twoje uczucia do mnie. Idąc z tobą do łóżka daję ci to, czego chcesz, za chwile się mną znudzisz i mnie porzucisz. 
- Dlaczego tak myślisz?
- Ponieważ tak jest zawsze. Ponieważ Tezeusz zostawił mnie na brzegu Naxos. 
- Takie są twoje doświadczenia Ariadno, nie pozostaje mi nic, jak je zaakceptować. Zapewniam cię, że nie jestem Tezeuszem i to wszystko może być zupełnie inaczej. 
Nie potrafię spojrzeć na Bachusa, on zachowuje jednak spokój. Otwiera przede mną drzwi swojego mieszkania. Zdejmuje buty, siadam na łóżku i w mieszkaniu w którym jeszcze dzień wcześniej panoszyłam się jak u siebie, czuję teraz się obca. Bachusowi jak zawsze obyczaje wchodzenia zajmują więcej czasu. Przychodzi i siada obok, gdy ja rozważam ucieczkę. 
- Odkryłam ostatnio, że z mojej strony te uczucie do ciebie jest jeszcze bardzo płytkie. Potrafię siąść do pracy, zupełnie zapomnieć o twoim istnieniu i nie tęsknić. Myślę, że mogłabym stąd wyjść i już do ciebie nie wrócić, a za miesiąc byłoby ze mną wszystko w porządku. Zupełnie zapomniałabym o tobie.
Bachus przełkną tą zaczepkę i zachował spokój. Zrobił nam herbatę. 
- Rozumiem, że boisz się dla mnie otworzyć Ariadno, ponieważ masz złe doświadczenia. Oczywiście, że po miesiącu obje zdołalibyśmy o tym co się między nami stało zapomnieć. Tylko zastanów się, co zyskasz, jeśli nie otworzysz się na drugiego człowieka?
- Nie będę musiała się leczyć z ran, gdy odejdziesz. Teraz jest jeszcze dobry moment aby odejść. To nie będzie tak boleć. Potem będzie gorzej. Mnie tak bardzo boli gdy ludzie ode mnie odchodzą. Nie chcę tego znowu przechodzić. 
- I dlatego wolisz być sama?
- Chciałabym móc być sama, ale nie potrafię. Chciałabym nie czuć się samotna, chciałabym potrafić to w sobie wyłączyć. Gdybym potrafiła to w sobie wyłączyć, żyłabym sama i poświęciła się swoim planom naukowym. Nie potrafię jednak. Uczucie samotności bardzo mnie dekoncentruje. Chciałabym być silniejsza i móc sobie z tym poradzić.
- No dobrze, pytanie: czy byłoby warto? Wyobraźmy sobie więc, że teraz wychodzisz. Co będzie potem? Twoje lęki będą zadowolone, ale czy ty na pewno będziesz zadowolona?
Zamilkłam. Wiedziałam do jakiego stwierdzenia dążył i miał racje. To był nieuzasadniony lęk. To były mechanizmy obronne, które stworzyłam, by bronić się przed porzuceniem, a teraz one zwróciły się przeciwko mnie. Nie potrafiłam ich jednak w tej chwili przełamać. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo to tkwi  głęboko we mnie i ja nie potrafię ich tak łatwo wyrwać. Milczenie trwało. Czułam, że muszę coś z tym zrobić - wydobyć nas z tego przykrego stanu zawieszenia. 
- Odmawiam terapii dr Bachusie - zażartowałam. - Nie licz na to, że to zaraz zniknie z mojej głowy, tego nie da się tak łatwo naprawić. 
- Rozumiem, - odpowiedział, - na wszystko najlepszy jest czas. Ale czy na pewno nie zrobiłem czegoś co obudziło twoje obawy? Czy nie powinienem czegoś zmienić? Czy mogę ci jakoś pomóc Ariadno?
I wtedy przypłynęła fala ciepłych uczuć na brzeg Naxos, taka jak wtedy, gdy pozbawioną nadziei zastał mnie na nim Bachus.  
- Jest mi przykro, że musisz sobie radzić z tym co zrobił Tezeusz. To nie Twoja wina i przykro mi, że musisz znosić tego konsekwencje. To nie zniknie zaraz i proszę abyś tego ode mnie nie oczekiwał. Możesz mnie przytulić. 
Bachus mnie przytulił i delikatnie zabrał się za odbudowywanie naszej bliskości. A gdy naga i podniecona spytałam, czy taką kocha mnie najbardziej, natychmiast otrząsną się z podniecenia i powiedział:
- Nie, najbardziej kocham twój piękny umysł. 
Oplotłam go sobą w podziękowaniu i zaszeptałam do ucha:
- Dla ciebie Bachusie chcę walczyć z moimi lękami, bo ty jesteś tego wart.