wtorek, 17 kwietnia 2012

Ariadna zamieszkała u stup Olimpu

Bardzo szybko sprowadziłam się do mieszkania Bachusa u stup Olimpu. Decyzji o zamieszkaniu razem w zasadzie wcale nie podjęliśmy, nigdy na ten temat nawet nie rozmawialiśmy. Kiedyś przyszłam do niego na noc i tak już zostałam. Oprzytomniałam po kilku tygodniach, gdy przez przypadek wypsnęło mi się, że potrzebujemy więcej niż jednej patelni w naszym mieszkaniu. 
Zabraliśmy więc moje rzeczy ze starego mieszkania. A gdy się rozpakowałam, Bachus trzymał mnie wystraszoną w ramionach. Gdy wszystko było już dokonane ogarnęły mnie wątpliwości czy zrobiłam słusznie. Czy aby nie za wcześnie opuściłam swoją fortece, pozbawiłam się strefy bezpieczeństwa. 
Tym razem urządzanie się w nowym miejscu było dla mnie dużo trudniejsze niż zazwyczaj. Przyzwyczaiłam się, że jestem jedynym architektem i wykonawcą w moim życiu, nigdy nie koegzystowałam z nikim tak ściśle; urządzanie się w dzielonych ze znajomymi mieszkaniach, rozpoczynało się od dzielenia terytorium, a na swoim każdy miał wolność; realizowaliśmy obowiązki naszej mikrospołeczności zgodnie z grafikiem sprzątania; układy w takich mieszkaniach był mnie czytelne, oparte na zasadzie odwzajemnienia: dzielisz się, to i ja się podzielę, nie podzielisz się, to ja też, ale nie będę się gniewać, bo oczekuje od Ciebie zgodności, a mniej przywiązania. Takie układy są bardzo wygodne. 
W mieszkaniu Bachusa czuję się obco. Bachus bardzo chce mieć mnie przy sobie, jestem w tym miejscu chciana i mile widziana, traktowana jako gospodyni, ma głos w decyzjach, moje propozycje są poddawane pod rozwagę, ale mimo wszystko jest to sytuacja, w której ja jestem zdana na łaskę rezydującego. Jego przedmioty muszą ustąpić moim przedmiotom miejsca i nie może się to stać inaczej niż za jego sprawą. Mi wolno co najwyżej prosić, a nie jest to łatwe dla kogoś kto przywykł do niezależności.
Nie ma mojej przestrzeni, jest wspólna przestrzeń, o której mamy decydować wspólnie. To jest bardzo trudne. Z dwóch względów: czuję się nieco obdarta ze swojej własnej tożsamości i pozbawiona swojego terytorium; a w projekcie swojego nowego muszę uwzględnić innego człowieka, którego priorytetów jeszcze dobrze nie znam. Więc moja nowa tożsamość jest jeszcze nie ukształtowana, a granice terytoriom są jeszcze nie ustalone i tymczasowo jestem uchodźcą o koczowniczym trybie życia. 
Męczy mnie tymczasowość obecnego układu, ale dla jego ustabilizowania potrzebujemy czasu i wsłuchania w siebie nawzajem. Niekiedy kusi mnie jednak zrobienie jakiegoś przewrotu i objęcie nad tym miejscem władzy absolutnej: dokonanie zmian na własną rękę nie dając Bachusowi prawa do ingerencji. To do niczego nie doprowadzi, odwróci tylko sytuacje. W moim domu mama była Carycą Katarzyną, ojciec Poniatowskim. Ojciec większej części łożył na utrzymanie, a mama miała wolność w decydowaniu o wszystkim. Układała sobie wszystko jak się jej podobało, ale kosztem własnego wysiłku i nosiła za to całą odpowiedzialność na barkach. Ojciec był odcięty od władzy nad królestwem, był kochankiem królowej, burzącym się od czasu do czasu, że nie liczono się  z nim bardziej. To nie był dobry układ. Nie chcę by Bachus czuł, że się z nim nie liczę.
Tak naprawdę nie wiem jak buduje się dobre związki. Domyślam się, że należy konstruować taki układ, w którym minimalizuje się tarcie, atmosfera się nie podgrzewa niepotrzebnie i dom jest domem, a nie miejscem, z którego chce się uciec. Czuję się zupełnie niekompetentna do jego budowania, ale czy da się do tego przygotować? Chyba wszystkiego trzeba się nauczyć w trakcie, bo wzorce z domu nie działają, jeśli nie jest się swoimi rodzicami.
Do tego: relacje to jedno, a drugie, że nie mam pojęcia w jaki sposób należy wybrać lodówkę; tylko z dobieraniem koszul do krawatów idzie mi całkiem dobrze, wiązania ich zdążyłam się już nauczyć.
Moi przyjaciele uważają zamieszkanie razem za bardzo odważny ruch, a ja dopiero dowiaduję się dlaczego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz