wtorek, 11 grudnia 2012

Unravel

Bachusowi zdarzają się błędy, czasem bardzo poważne. On, tak jak my wszyscy nie jest idealny. To w jaki sposób to znoszę te drobne zranienia i jak szybko wybaczam, zależy od regularnego dawania dowodów uczucia. To odkrycie dla Bachusa było czymś rewolucyjnym.
Pogniewałam się na Bachusa, a potem on wyjechał na tydzień. Dzwonił do mnie codziennie. Miał dobre intencje, starał się rozładowywać sytuację. Jednak jego żarty bardziej mnie rozdrażniały, niż poprawiały nasze relacje. Wciąż gniewałam się na niego za ostatnie przewinienie. Zapewne czuł, że stoi na niepewnym gruncie. Wściekałam się na wszystko i bardzo dużo narzekałam. Te rozmowy w niczym nie pomagały. Pod koniec tygodnia wielkim wysiłkiem utrzymywałam zawieszenie broni, a rozmowy bardziej mnie irytowały, niż cieszyły. Gdy wrócił byłam bardzo skwaszona, zamknięta, nie skłonna do rozmowy. Bachus zrozumiał, że nie mam nastroju na rozmowy z nim, więc się wycofał. Cały wieczór nie rozmawialiśmy.
Bardzo zirytowana, wybuchłam:
- Gratuluje! Teraz jestem na ciebie jeszcze bardziej zła, niż wtedy gdy wszedłeś do domu!
- Przecież ja nic nie zrobiłem!
- No właśnie.
 Ciężko było wyjść z tego impasu. To była prawda, że nie zrobił nic złego. Oceniając sytuacje tylko w tym jednym momencie, można przyznać, że gniewałam się o nic. W ciągu tygodnia Bachus starał się polepszyć sytuacje między nami, na tyle, na ile mógł z odległości jaka nas dzieliła. W sumie był zaaferowany innymi sprawami, ciężko by było wymagać, by wciąż był myślami w domu. Gdy wrócił,  spotkał się z niegościnnym przyjęciem. Miał o co się gniewać.
On w tamtym momencie nie zrozumiał jednak, że po tej kłótni i rozłące był u mnie na poważnym emocjonalnym debecie. Jego wycofana pozycja po powrocie pogorszyła sprawę. Gdy jest u mnie na emocjonalnym debecie, wściekam się na niego o każdą drobnostkę. Uroiłam sobie wtedy w mojej głowie, że się nie stara bo mu na mnie nie zależy. Na co dzień tak nie myślę.
 Porównanie tego stanu uczuć do stanu konta, wydaje mi się bardzo trafne. Kiedy Bachus daje mi uwagę, słucha bez oceniania, troszczy się o mnie, przynosi kwiatka, spontanicznie bierze do kina, albo podkreśla jak jestem wyjątkowa - robi wpłaty do mojego konta uczuć. Kiedy nie ma dla mnie czasu bo ma dużo pracy, odwołuje nasze wspólne plany, wraca później niż uprzedzał - pobiera wpłaty. Jeśli robi to zbyt często, wchodzi na debet. Bardzo mi zależy na tym by stan mojego konta uczuć był wysoki, więc gdy przekracza on krytyczny poziom robię się chciwa. Gniewam się za każdym razem gdy robi wypłatę. Jeśli wpłaty są regularne i stan konta uczuć wysoki, nawet bardzo duże przewinienia jestem w stanie mu puścić płazem. Jeśli nie ma go przez długi czas, jego nieobecność powoduje automatyczne wypłaty z mojego konta uczuć. W tamtym monecie by załagodzić sytuacje należało by zrobić ogromną wpłatę po powrocie, czyli: uparcie zabiegać o moją uwagę, postarać się zrobić mi przyjemność, zaplanować coś specjalnego na wspólny wieczór po powrocie.
Oczywiście dojście do wyjaśnienia sprawy zajęło nam dłuższą chwilę. Byliśmy zbyt zagniewani i okopani w swoich pozycjach by zrobić to natychmiast. Moje oczekiwania wzbudziły w pierwszej chwili wielki Bachusowy gniew: „znowu wymagasz nie wiadomo czego”. Na co w odpowiedzi rzuciłam: „w ogóle ci na mnie nie zależy”. Podejrzewam, że dla was ta scena brzmi aż za bardzo znajomo.
Bachus nie ocenia sytuacji między nami tak jak ja. Dla niego nie było ani trochę oczywiste, że mój gniew może się tak kumulować. Seria drobnych zaniedbań może zrobić ogromne szkody. Dlatego w niektórych sytuacjach musi robić ogromne wpłaty, by uregulować debet. Nie widział różnicy miedzy tą sytuacją a innymi tego typu, nie rozumiał dlaczego teraz chcę więcej. Uznał, że przesadzam.
Na co dzień bardziej niż waga gestów liczy się ich regularność. Nie musi mi codziennie kupować nowej sukienki, wystarczy jeśli przyniesie kwiatka, powie dobre słowo, okaże troskę. Jeśli będzie to robił regularnie będę z niego bardziej zadowolona, niż w tedy gdy raz na jakiś czas zdobędzie się na wyjątkowo hojny gest.
Gdy zdał sobie sprawę na czym polegał problem, zmienił swoje postępowanie, tak bym czuła się zadowolona z naszego związku cały czas. W sumie uważam, że tamtego wieczoru odbyła się w naszej relacji mała rewolucja. Teraz nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnego Bachusowego przewinienia, od tamtego momentu. Nie znaczy to, że ich nie było, ale jakoś umknęły mojej uwadze. Nie nosiłam w sobie przez ani chwilę gniewu, mając wciąż bezpieczny zapas uczuć na koncie, szybko o nich zapominałam. To wszystko dzięki temu, że on pracowicie utrzymuje jego wysoki stan. Dzień przed ostatnim wyjazdem integracyjnym wcześniej urwał się z pracy i przyszedł do domu z kwiatami. Natychmiast po powrocie zaprosił mnie do kina. Nie zdążyłam, nawet przez chwilę, poczuć się zaniedbana. On znowu ma w oczach taką samą jasność, jak w momencie gdy się we mnie zakochał. 

poniedziałek, 17 września 2012

Nie jestem przygotowana na szczęśliwe zakończenie

Mieszkam z Bachusem na Olimpie i wszystko się układa, choć nie zupełnie tak jak planowałam.
Przyzwyczaiłam się do myśli, że będę sama. A jeśli będę z kimś, to czeka mnie walka o moje podstawy: o akceptacje przez niego mojego ciała jakie jest, o zaspakajanie moich potrzeb emocjonalnych, o bycie wysłuchaną, zrozumianą, o okazywanie uczuć, głos we wspólnych sprawach, pomoc w domu... Myślałam, że będę musiała to wszystko przewalczyć i to zajmie mi mnóstwo czasu w początkowych etapach związku. Myślałam, że będzie ciężko. Przyzwyczaiłam się do tej myśli. Teraz kiedy to wszystko mam, dotarłam do horyzontu sowich przewidywań. W nowym miejscu czuję się całkowicie zagubiona. Nie mówię, że chciałabym by było mi trudno. Ja się po-prostu nie brałam pod uwagę możliwości takiego zakończenia. Może używałam czarnych scenariuszy jako tarczy przed tym, czego się obawiałam. Teraz przeskoczyłam etapy, na które byłam psychicznie nastawiona. Czuję się zupełnie nie przygotowana na następne.
Nigdy nie planowałam posiadania rodziny. Tak jak nigdy nie planowałam niczego, co nie było pewne, że się wydarzy. Uważałam, że myślenie o tym, jak o czymś prawdopodobnym to byłby błąd, składanie sobie obietnic bez pokrycia. Bałam się, że to sprawi, że stanę się niezadowoloną starą panną, która mając pretensję do świata czeka by dano jej to, czego oczekuje. Tak więc nigdy nie brałam tego pod uwagę. Zajmowałam się tylko tymi sprawami, na które mam wpływ. Partnera i tak mógł mi tylko sprowadzić los, nie zakładałam nigdy, że pojawi się on w jakimś konkretnym momencie.
Teraz kwestia założenia rodziny się otworzyła i należy do bliskiej przyszłości. Czuje się na to nie przygotowana. Nigdy o tym nie myślałam. Nawet nie wiem od czego zacząć. Nie potrafię sobie tego wyobrazić w ogólnym zarysie, a co dopiero określić jak bym chciała, by wyglądało. Wiem, że jest przede mną wiele decyzji, a ja nie przygotowałam sobie żadnych kryteriów, do ich podjęcia. Nic nie wiem na temat bycia matką, urządzania domu, nie wiem jak pogodzić z tym moje plany zawodowe i czy nie będę miała przykrego odczucia, że się poświeciłam i zrezygnowałam czegoś dla mnie ważnego. Nie wiem, czy w ogóle chce być matką.
Czasem nawet złoszczę się na Bachusa, że wybrał sobie ambitną kobietę by ją zdomować (a tylko ambitne mu się podobały), zamiast wybrać taką, o podobnych do jego wartościach, z przemyślanym każdym aspektem wychowania dzieci, urządzonym w wyobraźni domem, zaplanowanym pod tym kontem życiem, przygotowaną do roli matki, jako najważniejszej w jej życiu.
Kiedy mu się zwierzam z tych wątpliwościach, przytula mnie i mówi, że na to najlepszy jest czas.
Tak więc przyszedł dla mnie czas, na to by zacząć martwić. Najwyższy. Nie mam pojęcia od czego zacząć.

sobota, 28 lipca 2012

Jesteś Tezeuszem

Jesteś Tezeuszem. Nie wiesz o tym, ale jesteś Tezeuszem. Uczysz kobiety wątpić w siebie. Nie widzisz tego. Zaraz ci pokarzę.

Załóżmy, że poznałeś kobietę - Ariadnę. Wzbudziła twoje zainteresowanie. Może wzbudziła by go mniej, gdyby okoliczności były inne; gdybyś się właśnie nie nudził, gdyby to nie była jedyna dziewczyna w okolicy, w zasięgu; gdybyś w siebie mniej wątpił, gdybyś się odważył celować wyżej; gdybyś miał tylko cokolwiek lepszego do roboty; gdybyś się czuł mniej samotny; gdyby ona nie dawała znaków zainteresowania. Stwierdzasz, że spróbujesz, a może zacznie ci zależeć bardziej gdy ją poznasz z bliska. Ona nie jest taka zła. Są lepsze, ale czy one spojrzą choć na ciebie. Przecież nie jesteś w niczym szczególnie dobry. W sumie jesteś prawie przeźroczysty. Totalnie nijaki. Ona ci pokazuje, że to jaki jesteś wystarczy dla niej. Zobaczysz. 

Obdarzasz ją zainteresowaniem. Jest miło. Spotykacie się. Macie o czym rozmawiać. Pomagasz jej, gdy ma problem, wyświadczasz przysługi, dajesz troskę. Ariadna bywa z ciebie zadowolona i okazuje wdzięczność, to sprawia ci trochę przyjemności, ale z czasem zaczyna się zachowywać w sposób coraz bardziej uciążliwy. Jest podejrzliwa, zazdrosna, zaborcza. Nie masz pojęcia dlaczego. Przecież ona nie ma prawa. Nie jesteście przecież parą. Spotykacie się tylko, tak sobie. No może trochę jesteście parą, ale powiedziałeś jej, że na deklaracje musi zaczekać, że ty musisz się przekonać co do niej czujesz. Albo jeszcze inaczej, spotykacie się, jesteście parą, ale mówisz jej, że nie chcesz się jeszcze wiązać, że spoko, możecie uprawiać seks i trzymać się za rękę, ale nie wiesz czy Ariadna jest odpowiednią dziewczyną na stałe. Może zgodziłbyś się na to gdyby była jak dziewczyny, o których marzysz - chuda, zadbana, bardziej inteligentna, bardziej przebojowa, bardziej popularna. Mówisz jej o swoich wątpliwościach i w ten sposób stawiasz Ariadnę w sytuacji gdy jest w związku z tobą na warunkowym. 

Wydaje ci się, że nie jest to tak bardzo złe. Przecież gdybyś ty był na warunkowym u kobiety swoich marzeń, przebiegłbyś pustynię i przepłyną morze by jej zaimponować. A zdobywszy jej uznanie paradowałbyś pełen dumny. Dla ciebie to chyba najwspanialsze, z tego co mężczyzna może doświadczyć - sprawdzić się i zdobyć uznanie. Zachęcasz nawet Ariadnę, by starała się bardziej. Ale z punktu widzenia kobiety Ariadny wygląda to zupełnie inaczej. To co mówisz, nie jest odebrane jako zachęta. W jej pojęciu mówisz jej, że nie jest wystarczająco dobra. To jest duży błąd. Żadne pochwały nie zdołają jej już NIGDY wybić z głowy tego, że RAZ powiedziałeś lub dałeś jej do zrozumienia (wcale nie musiałeś tego mówić!), że nie jest dla ciebie wystarczająco dobra. To mogło się stać mimowolnie - choćby gdy pojawiła się w waszym otoczeniu osoba lub sprawa, która bardziej cię angażowała niż ona. Ona wtedy stwierdzi, że z powodu tego, jaka jest nie jest godna twojego zainteresowania. Postara się, stanie się idealna dla ciebie, ale już zawsze, będzie się czuła nie wystarczająco dobra.

Co się dzieje dalej? Sprawa się pogarsza. Jeśli spotykaliście się tylko przez chwile, coraz rzadziej masz ochotę do niej dzwonić i ją zapraszać na spotkanie. Przekonałeś się, że to nie jest ta kobieta. Wiedziałeś to od początku. Niczego jednak nie żałujesz. Myślisz, że nie robisz nic tak bardzo złego. Przecież jej nie przeleciałeś i nie zostawiłeś bez słowa. Miło było, ale się skończyło. Nie masz pojęcia jak źle postąpiłeś. Pewnie nie wiesz jakie to dla niej ma konsekwencje. Teraz Ariadna siedzi porzucona na brzegu Naxos i płacze przekonana, że jest to kolejny dowód na to, że nie jest wystarczająco atrakcyjną kobietą, by się o nią starać. Myśli, że zraziłeś się jakąś jej cechą i się wycofałeś. To dlatego, że ma krzywe nogi, mały biust, albo dlatego, że brzydko wygląda jak się śmieje. Przecież nic takiego nie miałeś na myśli. Może nawet próbowałeś jej to wytłumaczyć. To nic nie dało. Właśnie nakarmiłeś jej kompleksy i urosły jeszcze większe. Właśnie jej udowodniłeś, że nie jest atrakcyjna. Może ci się wydaje nic wielkiego, ale pomyśl sobie, że w jej życiu było lub będzie kilku, lub kilkunastu takich Tezeuszów jak ty. To nie jest jeszcze ten najgorszy scenariusz.

Być może Ariadna nie jest wystarczająco silna i jesteście w związku, w którym tylko twoje potrzeby są zaspokajane. Masz kobietę, która stawia cię na piedestale, podziwia i wychwala. Sypiasz z nią i nic cię bardzo nie niepokoi. Nie mówisz jej, że ją kochasz, no bo w sumie nie jesteś tego do końca pewny, albo mówisz, bo to przecież nic nie znaczy, to tylko uczucie, które mija. Ariadna staje się jednak coraz bardziej uciążliwa, bo ciągle śni na jawie swoje koszmary, że znajdziesz inną i ją zostawisz. Uspokajasz ją, mówiąc, że akurat nie masz nikogo na oku, że ona jest wystarczająco dobra, że jest ok, że na razie może być. Że powinna być bardziej pewna siebie, bo przecież te jej całe jazdy wynikają wyłącznie z jej kompleksów. Niech cierpliwie poczeka. Że jak uważa, że jest gruba, to niech schudnie, a jak myśli, że nic nie umie niech idzie na jakiś kurs. I ona idzie i ona chudnie, ale z tego powodu nie zależy ci na niej bardziej. Może cię to nawet odrobinę dziwić. Ona tym czasem bardzo cierpi bo nosi w sobie grecką tragedię a ty być-może zupełnie tego nie dostrzegasz, lub nie rozumiesz. 

W jej sytuacji nie ma wyjścia. Nie ma siły cię zostawić, bo jesteś pewnym źródłem troski, wsparcia i opieki - tego czego kobiety bardzo potrzebują w związku. Z drugiej strony ty nie jesteś dla niej w waszym związku wystarczająco dobry - nie zaspakajasz jej potrzeb, nie dając jej poczucia bezpieczeństwa, nie podejmujesz zobowiązania życia razem z nią, co stawia kobietę w bardzo trudnej sytuacji. Ona nie wie, czy może zakładać, że będziecie ze sobą za pół roku i nie wie jak ma planować swoje życie - z tobą czy bez ciebie. Ona może się bać, że w waszym próbnym związku, może się wam zdarzyć próbne dziecko, które głownie dla niej będzie obciążeniem. Trwając w waszym związku jest nieszczęśliwa, ale opuszczając go będzie jeszcze bardziej. Ariadna nie zdecyduje się na rozstanie. To ty musisz się zdobyć na to cięcie i zapewne w końcu się decydujesz, bo właśnie ktoś lepszy pojawił się na horyzoncie, lub stwierdziłeś, że masz jej dosyć. Nie masz wyboru i musisz ją skrzywdzić. Tak więc pozostawiasz Ariadnę płaczącą na brzegu Naxos. Właśnie ją nauczyłeś, że bez względu na to jak bardzo będzie się starać by sprostać twoim oczekiwaniom, nigdy nie będzie wystarczająco dobra.

Tezeuszu, czy ty już rozumiesz co ja tak naprawdę chcę ci powiedzieć? Nie chcę cię wcale zmuszać do wiązania się z Ariadną - sam się przekonałeś jaki to był głupi pomysł. Chce ci pokazać, że krzywdzisz innych ludzi, gdy jesteś niemęskim tchórzem pozbawionym ambicji. To nie Ariadny stanowią prawdziwy problem, stanowisz go ty! Jesteś facetem, który nie wie czego chce, lub nie ma odwagi walczyć o to czego chce. Jeśli nie masz odwagi ponosić tego ryzyka i liczyć się klęską, bardzo trudno będzie ci zbudować udany związek. Dla kobiet najbardziej liczy się wysiłek jak wkładasz w zaloty, jeśli znajdziesz sposoby na udowodnienie, że twoje uczucia są niesłabnące i trwałe, jesteś na tyle silny by zapewnić jej ochronę i utwierdzasz ją w przekonaniu, że ona jest tą wyjątkową kobietą, dla której chcesz się starać, jesteś w stanie ją zdobyć. Jesteś wtedy zdobywcą, który się wykazał w ambitnym zadaniu, stojąc obok niej czujesz dumę, a ona czuje się równie szczęśliwa, bo właśnie jej udowodniłeś ile jest warta i umocniłeś jej pewność siebie, dzięki temu już zawsze będzie pewna siebie i będzie się cenić. Czy to nie jest to czego chcesz od waszego związku? Ale ty jesteś Tezeuszem i robisz podchody w babskim stylu! Może tak, może nie - fundujesz jej nieznośną huśtawkę. To najgorsza rzecz jaką możesz zrobić dla kobiecej psychiki! Właśnie wyhodowałeś sobie potwora. Kończysz w ciągnącym się związku, z wiecznie zazdrosną, zaborczą kobietą, która wchodzi ci na głowę lub nieustannie nurkuje w głąb swoich kompleksów, zmuszają cię do wysłuchiwania tyrad na ich temat. 

A kto was tak urządził? Wcale nie ona! To właśnie ty. Nie bądź Tezeuszem! Walcz o to, czego pragniesz! Nie porzucaj już więcej żadnej Ariadny na brzegu Naxos.

piątek, 27 kwietnia 2012

O opiece

Myślę, że dobrze radziłam sobie z byciem samą. Ceniłam sobie swoją niezależność i potrafiłam z niej korzystać. Lubiłam dać się porwać przez wir zdarzeń i jako ktoś nieskrepowany zobowiązaniami dawałam się weń wciągnąć. Poddawałam się temu co stawało przede mną. Korzystałam z nadążających się okazji, nie trzymając za mocno sterów mojego życia. 
Nie czułam się jednak w ten sposób bezpiecznie, bo choć bieg zdarzeń nie raz mnie pozytywnie zaskoczył, nigdy nie mogłam być do końca pewna co się stanie dalej. Nie byłam zbyt dobrym opiekunem samej siebie. Nie byłam przekonana, że jestem sobie w stanie zapewnić wszystko czego potrzebuje. Te niepewności były moim dyżurnym zmartwieniem.
Zdecydowałam się, że sobie poradzę. Miałam mocne nerwy i problemy z zasypaniem. 
Śmiem twierdzić, że niezależność odbiera kobiecie poczucie bezpieczeństwa. Mamy w sobie wdrukowaną bezbronność. Nie bez kozery. Kobieta w ciąży potrzebuje bezpieczeństwa, ewolucja nas do tego zaprogramowała, więc szukamy go przez całe życie. Radzenie sobie samą nie jest dla nas zbyt naturalne. Nie znaczy to, że nie potrafimy sobie poradzić. Doskonale potrafimy. Nie robimy tego jednak z komfortem. 
Miałam to szczęście, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ten komfort wygląda. Nigdy nie oczekiwałam opieki. Podkreślałam niezależność. Pokazywałam, że potrafię być facetem w spódnicy. Byłam bardzo silna gdy byłam sama, ale nadal dużo słabsza niż teraz. 
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to własnie tak działa, że gdy już masz zapewnione wszystko czego potrzebujesz nagle masz siły do wzrostu. Myślałam, że to działa dość odwrotnie, że cele rodzą się z niedostatków. Może nie w moim przypadku, albo nie w przypadku kobiet. Myślałam, że kobiety rozpieszczone robią się leniwe. Jestem rozpieszczana, ale teraz jestem w stanie dać z siebie więcej. 
Przy Bachusie zasypiam więc spokojnie i śpię głęboko. Nie martwię się o jutro, bo ufam mu, że cokolwiek się stanie, on się mną zaopiekuje. Wyrzekałam się tego, zaprzeczałam, że tego potrzebuje, trwałam przy postanowieniu, że nie będę tego szukać, ani oczekiwać. 
Natury nie da się wykorzenić. 

wtorek, 17 kwietnia 2012

Ariadna zamieszkała u stup Olimpu

Bardzo szybko sprowadziłam się do mieszkania Bachusa u stup Olimpu. Decyzji o zamieszkaniu razem w zasadzie wcale nie podjęliśmy, nigdy na ten temat nawet nie rozmawialiśmy. Kiedyś przyszłam do niego na noc i tak już zostałam. Oprzytomniałam po kilku tygodniach, gdy przez przypadek wypsnęło mi się, że potrzebujemy więcej niż jednej patelni w naszym mieszkaniu. 
Zabraliśmy więc moje rzeczy ze starego mieszkania. A gdy się rozpakowałam, Bachus trzymał mnie wystraszoną w ramionach. Gdy wszystko było już dokonane ogarnęły mnie wątpliwości czy zrobiłam słusznie. Czy aby nie za wcześnie opuściłam swoją fortece, pozbawiłam się strefy bezpieczeństwa. 
Tym razem urządzanie się w nowym miejscu było dla mnie dużo trudniejsze niż zazwyczaj. Przyzwyczaiłam się, że jestem jedynym architektem i wykonawcą w moim życiu, nigdy nie koegzystowałam z nikim tak ściśle; urządzanie się w dzielonych ze znajomymi mieszkaniach, rozpoczynało się od dzielenia terytorium, a na swoim każdy miał wolność; realizowaliśmy obowiązki naszej mikrospołeczności zgodnie z grafikiem sprzątania; układy w takich mieszkaniach był mnie czytelne, oparte na zasadzie odwzajemnienia: dzielisz się, to i ja się podzielę, nie podzielisz się, to ja też, ale nie będę się gniewać, bo oczekuje od Ciebie zgodności, a mniej przywiązania. Takie układy są bardzo wygodne. 
W mieszkaniu Bachusa czuję się obco. Bachus bardzo chce mieć mnie przy sobie, jestem w tym miejscu chciana i mile widziana, traktowana jako gospodyni, ma głos w decyzjach, moje propozycje są poddawane pod rozwagę, ale mimo wszystko jest to sytuacja, w której ja jestem zdana na łaskę rezydującego. Jego przedmioty muszą ustąpić moim przedmiotom miejsca i nie może się to stać inaczej niż za jego sprawą. Mi wolno co najwyżej prosić, a nie jest to łatwe dla kogoś kto przywykł do niezależności.
Nie ma mojej przestrzeni, jest wspólna przestrzeń, o której mamy decydować wspólnie. To jest bardzo trudne. Z dwóch względów: czuję się nieco obdarta ze swojej własnej tożsamości i pozbawiona swojego terytorium; a w projekcie swojego nowego muszę uwzględnić innego człowieka, którego priorytetów jeszcze dobrze nie znam. Więc moja nowa tożsamość jest jeszcze nie ukształtowana, a granice terytoriom są jeszcze nie ustalone i tymczasowo jestem uchodźcą o koczowniczym trybie życia. 
Męczy mnie tymczasowość obecnego układu, ale dla jego ustabilizowania potrzebujemy czasu i wsłuchania w siebie nawzajem. Niekiedy kusi mnie jednak zrobienie jakiegoś przewrotu i objęcie nad tym miejscem władzy absolutnej: dokonanie zmian na własną rękę nie dając Bachusowi prawa do ingerencji. To do niczego nie doprowadzi, odwróci tylko sytuacje. W moim domu mama była Carycą Katarzyną, ojciec Poniatowskim. Ojciec większej części łożył na utrzymanie, a mama miała wolność w decydowaniu o wszystkim. Układała sobie wszystko jak się jej podobało, ale kosztem własnego wysiłku i nosiła za to całą odpowiedzialność na barkach. Ojciec był odcięty od władzy nad królestwem, był kochankiem królowej, burzącym się od czasu do czasu, że nie liczono się  z nim bardziej. To nie był dobry układ. Nie chcę by Bachus czuł, że się z nim nie liczę.
Tak naprawdę nie wiem jak buduje się dobre związki. Domyślam się, że należy konstruować taki układ, w którym minimalizuje się tarcie, atmosfera się nie podgrzewa niepotrzebnie i dom jest domem, a nie miejscem, z którego chce się uciec. Czuję się zupełnie niekompetentna do jego budowania, ale czy da się do tego przygotować? Chyba wszystkiego trzeba się nauczyć w trakcie, bo wzorce z domu nie działają, jeśli nie jest się swoimi rodzicami.
Do tego: relacje to jedno, a drugie, że nie mam pojęcia w jaki sposób należy wybrać lodówkę; tylko z dobieraniem koszul do krawatów idzie mi całkiem dobrze, wiązania ich zdążyłam się już nauczyć.
Moi przyjaciele uważają zamieszkanie razem za bardzo odważny ruch, a ja dopiero dowiaduję się dlaczego.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Misterna konstrukcja zbroi Ariadny

Pojawienie się Bachusa w moim życiu było jak zmartwychwstanie.
Wcześniej czułam się jak Piotr. Widziałam co się zaraz stanie i nie widziałam możliwości by temu zapobiec. Wszystko co zrobiłam, okazało się nie mieć wpływu na bieg zdarzeń. To były akty desperacji. One nic nie dały. Mogłam uciąć ucho strażnikowi, który chcę pojmać Jezusa. W niczym to nie pomogło. Wszystko zmierzało do ukrzyżowania. Śmierć zakończy bieg zdarzeń i dalej nie będzie już nic. A miało być pięknie, miało być najlepiej, miały być piękniejsze rzeczy, ale jest ukrzyżowanie i śmierć. Nic innego.
Moja nadzieja umarła. Muszę żyć po ukrzyżowaniu. Ja nie umarłam razem z nią. Byłam na to zbyt dumna. Żyłam po ukrzyżowaniu. Można przecież żyć na różne sposoby.
Powiedziałam sobie, że nigdy tak naprawdę nie było nadziei, to były złudzenia i dobrze, że upadły. A takie rzeczy: jak mężczyzna wybierający mnie i tylko mnie, to były mrzonki mojej wyobraźni. To były pułapki ewolucji, zastawione na mnie, bym była bardziej skora do uprawiania seksu bez zabezpieczeń. Mężczyźni nie chcą takich rzeczy. 
Oni chcą sukcesu rozrodczego. Seksu z tak wieloma partnerkami jak tylko to możliwe. Przecież nie jesteśmy ściśle monogamiczni. To raczej monogamia sekwencyjna. Prędzej czy później zostawi mnie dla młodszej. Ja jestem uwarunkowana przez ewolucje inaczej. Mój sukces rozrodczy zależy od tego, czy partner przy mnie zostanie i włoży środki w wychowanie dzieci. Z jego obecnością łatwiej mi się to uda. Każdy więc walczy o swoje interesy. W związku jesteśmy swoimi przeciwnikami. 
Jedyne na co mogę liczyć, to na kogoś, kto będzie mnie na tyle lubił, że ostatecznie przy mnie zostanie. I tak będzie się rozglądał i robił skoki w boki. Ja muszę być na tyle emocjonalnie rozwinięta, by przyjąć to spokojnie i akceptować. Nie ma innej drogi. Muszę się stać tak silna, jak to możliwe, bym mogła o siebie walczyć; nie czuć się zdewaluowaną, gdy ten zacznie zaglądać pod inne spódnice. Muszę wiązać tak mocno, że zostanie przy mnie pomimo tych ładnych nóg i większych niż moje cycków paradujących w około. Niech zostanie ze mną, choćby dla tego, że znam jego ulubione książki; wiem na tyle o tym, co go interesuje, że potrafię z nim o tym ciekawie pogadać i ogólnie jestem na tyle inteligentna, że jest mnie warto trzymać przy sobie nie tylko dla seksu. 
Gdy spotykam Bachusa jestem więc przygotowana na wojnę. Uzbrojona po szyję. Moje zasieki bronią mnie przed tym by się przywiązać, bo jak się przywiążę to koniec. Jestem przegrana. On ma już w ręku kartę przetargową, którą będzie mnie szantażować w przyszłości. To mocna siła polityczna. Musisz wybaczyć, że Cię zdradzam, musisz mi wybaczyć, że sprawiam, że czujesz się nie wystarczająco dobra, nie wystarczająco atrakcyjna, nie wystarczająca mi, a więc przez ciebie muszę sięgnąć po inną kobietę. Musisz mi wybaczyć, bo ja mam Twoje przywiązanie w ręku. Nie możesz się oburzyć, tupnąć nogą i odejść. O nie, nie będzie Ci tak łatwo, bo ja tu trzymam decydującą kartę i nic nie zrobisz mi przeciw, jesteś moja, już przegrałaś, teraz cierp.
Nie chciałam się wiązać. Nie wierzyłam w związki. Chciałam się poczuć atrakcyjna. Odkryłam, że czuję się najbardziej atrakcyjna, gdy noszę w sobie przekonanie, że cokolwiek mężczyźni dla mnie zrobią i tak mnie nie dostaną. Nie będę dla nich przecież ryzykować zranienia. Ale kuszenie to co innego. To jest bardzo budujące, bo widzisz, że twoje przynęty działają. I jak widzisz te ich wywieszone jęzory, to dochodzisz do wniosku, że nie jest z Tobą tak źle. Dowiadujesz się, że w sumie nie jesteś zdesperowana. Uporczywe pukanie do drzwi bardzo umila czas samotnej kobiecie.  Bo czujesz, że to właśnie ty decydujesz nie otwierać drzwi. Nie wychodzisz dlatego, że nie chcesz, a nie ponieważ nie masz okazji wyjść.
Umówiliśmy się w sieci. Byłam przekonana, że spotykam się ze słabym facetem, z zdesperowanym trzydziestolatkiem, który chce by mu prać i gotować, ale ja tego nie mam zamiaru nigdy dla niego robić, ale cichosza. Tymczasem zapłaci za bilet. Ja poczuję się lepiej przez tą chwilę a potem więcej go nie zobaczę.
Nie wiem co wtedy stało się z czasem. Chwilę po tym gdy wyszłam na tą randkę, czyli po jakiś  kilku tygodniach, siedziałam z Bachusem i miałam głowę opartą na jego ramieniu. Wcześniej myślałam, że jak facet mi powie, że on chce spędzić ze mną resztę życia, to wstanę i wyjdę. Nie wyszłam. Moja głowa leżała, tam gdzie leżała. Oto stało się to, co niemożliwe. Moja nadzieja zmartwychwstała. 

czwartek, 5 kwietnia 2012

Pierwsze starcie Bachusa z duchem Tezeusza

Jestem na randce z Bachusem. Jesteśmy bardzo świeżym związkiem. Nie mam humoru. Męczą mnie obawy, czy aby dając sprawom posunąć się tak daleko, tak szybko nie popełniłam błędu. Bachus ma najwyraźniej na mnie ochotę, a ja czuję, że tym razem powinnam dać obejść mu się smakiem, bo inaczej zaraz się mną znudzi i mnie porzuci. Jestem przekonana, że Bachus zaraz mnie porzuci, bo tak jest zawsze. Mówię więc, że nie jestem zadowolona z restauracji. Bachus proponuje, byśmy się przenieśli do niego. Bardzo denerwuje mnie ta propozycja. Bachus zupełnie nie rozumie mojego zdenerwowania. Mówię mu, że porozmawiamy, ale nie tu. Atmosfera robi się martwa i Bachus nie jest w stanie zrobić nic, by uratować randkę. Płaci rachunek i wychodzimy. Do mieszkania Bachusa idziemy na piechotę. Nie biorę go za rękę jak zwykle, przez moment idziemy w milczeniu.
- Czuję się jak twoja seksualna zabawka - stwierdzam. 
Bachus przez chwile szuka w sobie odpowiedzi.
- Bardzo mnie rani to stwierdzenie Ariadno, zwłaszcza, że w życiu nikogo tak nie traktowałem, ale rozumiem, że tak się czujesz. Pozostaje więc pytanie: dlaczego? Czy zrobiłem coś złego?
Trudno mi było odpowiedzieć. Bachus zmienia trasę naszego spaceru i zamiast iść prosto do jego mieszkania włóczymy się po osiedlu. 
- Bachusie, obawiam się, że dając ci siebie niszczę twoje uczucia do mnie. Idąc z tobą do łóżka daję ci to, czego chcesz, za chwile się mną znudzisz i mnie porzucisz. 
- Dlaczego tak myślisz?
- Ponieważ tak jest zawsze. Ponieważ Tezeusz zostawił mnie na brzegu Naxos. 
- Takie są twoje doświadczenia Ariadno, nie pozostaje mi nic, jak je zaakceptować. Zapewniam cię, że nie jestem Tezeuszem i to wszystko może być zupełnie inaczej. 
Nie potrafię spojrzeć na Bachusa, on zachowuje jednak spokój. Otwiera przede mną drzwi swojego mieszkania. Zdejmuje buty, siadam na łóżku i w mieszkaniu w którym jeszcze dzień wcześniej panoszyłam się jak u siebie, czuję teraz się obca. Bachusowi jak zawsze obyczaje wchodzenia zajmują więcej czasu. Przychodzi i siada obok, gdy ja rozważam ucieczkę. 
- Odkryłam ostatnio, że z mojej strony te uczucie do ciebie jest jeszcze bardzo płytkie. Potrafię siąść do pracy, zupełnie zapomnieć o twoim istnieniu i nie tęsknić. Myślę, że mogłabym stąd wyjść i już do ciebie nie wrócić, a za miesiąc byłoby ze mną wszystko w porządku. Zupełnie zapomniałabym o tobie.
Bachus przełkną tą zaczepkę i zachował spokój. Zrobił nam herbatę. 
- Rozumiem, że boisz się dla mnie otworzyć Ariadno, ponieważ masz złe doświadczenia. Oczywiście, że po miesiącu obje zdołalibyśmy o tym co się między nami stało zapomnieć. Tylko zastanów się, co zyskasz, jeśli nie otworzysz się na drugiego człowieka?
- Nie będę musiała się leczyć z ran, gdy odejdziesz. Teraz jest jeszcze dobry moment aby odejść. To nie będzie tak boleć. Potem będzie gorzej. Mnie tak bardzo boli gdy ludzie ode mnie odchodzą. Nie chcę tego znowu przechodzić. 
- I dlatego wolisz być sama?
- Chciałabym móc być sama, ale nie potrafię. Chciałabym nie czuć się samotna, chciałabym potrafić to w sobie wyłączyć. Gdybym potrafiła to w sobie wyłączyć, żyłabym sama i poświęciła się swoim planom naukowym. Nie potrafię jednak. Uczucie samotności bardzo mnie dekoncentruje. Chciałabym być silniejsza i móc sobie z tym poradzić.
- No dobrze, pytanie: czy byłoby warto? Wyobraźmy sobie więc, że teraz wychodzisz. Co będzie potem? Twoje lęki będą zadowolone, ale czy ty na pewno będziesz zadowolona?
Zamilkłam. Wiedziałam do jakiego stwierdzenia dążył i miał racje. To był nieuzasadniony lęk. To były mechanizmy obronne, które stworzyłam, by bronić się przed porzuceniem, a teraz one zwróciły się przeciwko mnie. Nie potrafiłam ich jednak w tej chwili przełamać. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo to tkwi  głęboko we mnie i ja nie potrafię ich tak łatwo wyrwać. Milczenie trwało. Czułam, że muszę coś z tym zrobić - wydobyć nas z tego przykrego stanu zawieszenia. 
- Odmawiam terapii dr Bachusie - zażartowałam. - Nie licz na to, że to zaraz zniknie z mojej głowy, tego nie da się tak łatwo naprawić. 
- Rozumiem, - odpowiedział, - na wszystko najlepszy jest czas. Ale czy na pewno nie zrobiłem czegoś co obudziło twoje obawy? Czy nie powinienem czegoś zmienić? Czy mogę ci jakoś pomóc Ariadno?
I wtedy przypłynęła fala ciepłych uczuć na brzeg Naxos, taka jak wtedy, gdy pozbawioną nadziei zastał mnie na nim Bachus.  
- Jest mi przykro, że musisz sobie radzić z tym co zrobił Tezeusz. To nie Twoja wina i przykro mi, że musisz znosić tego konsekwencje. To nie zniknie zaraz i proszę abyś tego ode mnie nie oczekiwał. Możesz mnie przytulić. 
Bachus mnie przytulił i delikatnie zabrał się za odbudowywanie naszej bliskości. A gdy naga i podniecona spytałam, czy taką kocha mnie najbardziej, natychmiast otrząsną się z podniecenia i powiedział:
- Nie, najbardziej kocham twój piękny umysł. 
Oplotłam go sobą w podziękowaniu i zaszeptałam do ucha:
- Dla ciebie Bachusie chcę walczyć z moimi lękami, bo ty jesteś tego wart.