Pojawienie się Bachusa w moim życiu było jak zmartwychwstanie.
Wcześniej czułam się jak Piotr. Widziałam co się zaraz stanie i nie widziałam możliwości by temu zapobiec. Wszystko co zrobiłam, okazało się nie mieć wpływu na bieg zdarzeń. To były akty desperacji. One nic nie dały. Mogłam uciąć ucho strażnikowi, który chcę pojmać Jezusa. W niczym to nie pomogło. Wszystko zmierzało do ukrzyżowania. Śmierć zakończy bieg zdarzeń i dalej nie będzie już nic. A miało być pięknie, miało być najlepiej, miały być piękniejsze rzeczy, ale jest ukrzyżowanie i śmierć. Nic innego.
Moja nadzieja umarła. Muszę żyć po ukrzyżowaniu. Ja nie umarłam razem z nią. Byłam na to zbyt dumna. Żyłam po ukrzyżowaniu. Można przecież żyć na różne sposoby.
Moja nadzieja umarła. Muszę żyć po ukrzyżowaniu. Ja nie umarłam razem z nią. Byłam na to zbyt dumna. Żyłam po ukrzyżowaniu. Można przecież żyć na różne sposoby.
Powiedziałam sobie, że nigdy tak naprawdę nie było nadziei, to były złudzenia i dobrze, że upadły. A takie rzeczy: jak mężczyzna wybierający mnie i tylko mnie, to były mrzonki mojej wyobraźni. To były pułapki ewolucji, zastawione na mnie, bym była bardziej skora do uprawiania seksu bez zabezpieczeń. Mężczyźni nie chcą takich rzeczy.
Oni chcą sukcesu rozrodczego. Seksu z tak wieloma partnerkami jak tylko to możliwe. Przecież nie jesteśmy ściśle monogamiczni. To raczej monogamia sekwencyjna. Prędzej czy później zostawi mnie dla młodszej. Ja jestem uwarunkowana przez ewolucje inaczej. Mój sukces rozrodczy zależy od tego, czy partner przy mnie zostanie i włoży środki w wychowanie dzieci. Z jego obecnością łatwiej mi się to uda. Każdy więc walczy o swoje interesy. W związku jesteśmy swoimi przeciwnikami.
Jedyne na co mogę liczyć, to na kogoś, kto będzie mnie na tyle lubił, że ostatecznie przy mnie zostanie. I tak będzie się rozglądał i robił skoki w boki. Ja muszę być na tyle emocjonalnie rozwinięta, by przyjąć to spokojnie i akceptować. Nie ma innej drogi. Muszę się stać tak silna, jak to możliwe, bym mogła o siebie walczyć; nie czuć się zdewaluowaną, gdy ten zacznie zaglądać pod inne spódnice. Muszę wiązać tak mocno, że zostanie przy mnie pomimo tych ładnych nóg i większych niż moje cycków paradujących w około. Niech zostanie ze mną, choćby dla tego, że znam jego ulubione książki; wiem na tyle o tym, co go interesuje, że potrafię z nim o tym ciekawie pogadać i ogólnie jestem na tyle inteligentna, że jest mnie warto trzymać przy sobie nie tylko dla seksu.
Gdy spotykam Bachusa jestem więc przygotowana na wojnę. Uzbrojona po szyję. Moje zasieki bronią mnie przed tym by się przywiązać, bo jak się przywiążę to koniec. Jestem przegrana. On ma już w ręku kartę przetargową, którą będzie mnie szantażować w przyszłości. To mocna siła polityczna. Musisz wybaczyć, że Cię zdradzam, musisz mi wybaczyć, że sprawiam, że czujesz się nie wystarczająco dobra, nie wystarczająco atrakcyjna, nie wystarczająca mi, a więc przez ciebie muszę sięgnąć po inną kobietę. Musisz mi wybaczyć, bo ja mam Twoje przywiązanie w ręku. Nie możesz się oburzyć, tupnąć nogą i odejść. O nie, nie będzie Ci tak łatwo, bo ja tu trzymam decydującą kartę i nic nie zrobisz mi przeciw, jesteś moja, już przegrałaś, teraz cierp.
Nie chciałam się wiązać. Nie wierzyłam w związki. Chciałam się poczuć atrakcyjna. Odkryłam, że czuję się najbardziej atrakcyjna, gdy noszę w sobie przekonanie, że cokolwiek mężczyźni dla mnie zrobią i tak mnie nie dostaną. Nie będę dla nich przecież ryzykować zranienia. Ale kuszenie to co innego. To jest bardzo budujące, bo widzisz, że twoje przynęty działają. I jak widzisz te ich wywieszone jęzory, to dochodzisz do wniosku, że nie jest z Tobą tak źle. Dowiadujesz się, że w sumie nie jesteś zdesperowana. Uporczywe pukanie do drzwi bardzo umila czas samotnej kobiecie. Bo czujesz, że to właśnie ty decydujesz nie otwierać drzwi. Nie wychodzisz dlatego, że nie chcesz, a nie ponieważ nie masz okazji wyjść.
Umówiliśmy się w sieci. Byłam przekonana, że spotykam się ze słabym facetem, z zdesperowanym trzydziestolatkiem, który chce by mu prać i gotować, ale ja tego nie mam zamiaru nigdy dla niego robić, ale cichosza. Tymczasem zapłaci za bilet. Ja poczuję się lepiej przez tą chwilę a potem więcej go nie zobaczę.
Nie wiem co wtedy stało się z czasem. Chwilę po tym gdy wyszłam na tą randkę, czyli po jakiś kilku tygodniach, siedziałam z Bachusem i miałam głowę opartą na jego ramieniu. Wcześniej myślałam, że jak facet mi powie, że on chce spędzić ze mną resztę życia, to wstanę i wyjdę. Nie wyszłam. Moja głowa leżała, tam gdzie leżała. Oto stało się to, co niemożliwe. Moja nadzieja zmartwychwstała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz